Gdy Miller jechał samochodem
Miller pędził jaguarem po obwodnicy kolońskiej na wschód od miasta, jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów od Osnabriick. Zaczęło padać; obrzydliwy deszcz ze śniegiem siekł po śliskiej nawierzchni autostrady. Hipnotyzujący ruch wycieraczek usypiał Millera a on marzył tylko o wym by wskoczyć pod pościel do łózka. Zwolnił, żeby jechać z równomierną prędkością 120 kilometrów na godzinę; wolał to, niż wylądować w błotnistym polu obok autostrady.
Oswobodziwszy lewą rękę Bayer potrzebował zaledwie kilku minut, żeby wyrwać z ust knebel, i potem leżał przez kilka chwil głęboko oddychając. W pokoju unosił się okropny smród - mieszanina potu, strachu, wymiocin i whisky. Zerwał więzy na prawym nadgarstku, krzywiąc się, kiedy ból ze złamanego palca promieniował na całą rękę. Następnie uwolnił stopy.
W pierwszym odruchu spróbował otworzyć drzwi, ale były zamknięte na klucz. Podszedł do telefonu, stąpając ciężko, mimo że już od dłuższego czasu miał oswobodzone nogi. Wreszcie podreptał do okna, odsunął zasłonę i gwałtownie je otworzył.
Mimo zimna Mackensen, zaczajony w swojej niszy strzeleckiej po przeciwnej stronie ulicy, prawie już zasypiał, gdy nagle zobaczył, że zasłony w pokoju Millera zostały rozsunięte. Chwycił remingtona i złożył się do strzału czekając, aż postać za rozsuniętymi zasłonami otworzy okno. Wtedy pociągnął za spust celując prosto w twarz. Kula trafiła Bayera u podstawy szyi, a kiedy jego chyboczące się cielsko opadło plecami na podłogę, już nie żył. Odgłos, jaki temu towarzyszył, można było przez krótką chwilę wziąć za strzał w gaźniku, ale tylko przez chwilę. Za niecałą minutę na pewno wzbudzi czyjeś podejrzenia mimo pory dnia. Nie spojrzawszy nawet w kierunku pokoju po przeciwnej stronie ulicy, Mackensen zbiegł pędem w dół po betonowych schodach. Wydostał się tylnym wyjściem, omijając po drodze dwie ustawione na podwórku betoniarki oraz stertę żwiru. W sześćdziesiąt sekund po oddaniu strzału dotarł do samochodu, wrzucił karabin do bagażnika i odjechał.